Najważniejsze jest bycie

Przykładowy obrazKolejną zasadą w praktyce modlitwy jest skupianie się na byciu. Dziś jest to dla nas prawie niemożliwe do zrozumienia. Jak to mamy po prostu być, po prostu trwać przy Bogu? I co? Nic nie robić? O niczym nie myśleć? Tak, właśnie tak. Mamy jedynie wpatrywać się w Boga czyli kontemplować Go. Mamy być kontemplacyjni w działaniu. Działania nam nie brakuje, zdecydowanie mamy braki z kontemplacją. Dlaczego mamy być milcząco zapatrzeni w Boga? Bo taka postawa jest obszarem, gdzie nasze serce uczy się miłować, kochać, a nie robić, być aktywnym, wydajnym, efektywnym jak cały świat wokół nas. Nasze serca są zbolałe (ileż wokół nas i w nas depresji, przybicia, neurotycznych postaw), bo cały czas gdzieś pędzimy, coś robimy, czymś się zajmujemy. Popadamy w uzależnienie od bycia aktywnymi. Jak ciężko jest się na chwilę zatrzymać i nic nie robić! Za nasze zapędzenie i nieustanne zajmowanie się płacimy ogromną cenę: tracimy poczucie bezinteresowności zarówno w stosunku do Boga, do siebie jak i do innych. Do Boga: bo nie wierzymy, że można trwać na modlitwie przy Bogu. Nie wierzymy, że można po prostu być. Uważamy to za stratę czasu. Przecież nic się nie dzieje. Owszem, „nic się nie dzieje”, ale przecież z takiej modlitwy wychodzę uspokojony, radosny, pełniejszy ufności do Boga, z wiarą w siebie i w innych. Tracimy poczucie bezinteresowności w stosunku do siebie: bo zaczynamy myśleć „przecież dziś nic nie zrobiłem, a więc nie jestem wart i godzien być tym, kim jestem”. „Przecież coś jest ze mną nie w porządku!”. Liczy się tylko moje działanie. Kogo obchodzi moje bycie, moje istnienie. Trzeba być zauważonym, ważnym. A przecież Jezus w Ewangelii do tego nie nawoływał, a jednak tak żyjemy! Niezgodnie z Ewangelią. To, co ukazuje nam Pismo św. to obraz Jezusa, który samotnie wychodzi na modlitwę. Co za smutny obraz chrześcijanina ukazujemy swoją postawą. Obraz człowieka wierzącego (ale w co? - a może powinniśmy zapytać: w Kogo?), który na własną rękę walczy o sukces, władzę i bycie zauważonym, porzucając bezinteresowność w stosunku do siebie, cierpiąc na dojmujący brak akceptacji siebie, poniżanie siebie w swoich własnych oczach. I w końcu brak poczucia bezinteresowności w stosunku do innych: widoczny może najbardziej w relacji do tych, po których nie możemy się spodziewać żadnej nagrody, żadnej korzyści. Mam tu na myśli chorych, niepełnosprawnych, ale i zdrowych, dla których trudno jest nam tracić czas i uwagę. Jakże często uciekamy od bycia w relacjach rzucając jako usprawiedliwienie: nie mam czasu, muszę iść. Nasze serca są zbolałe bo zapominamy o wartości bycia, o tym, co w nas najistotniejsze.

 

Bycie – chwalenie Boga

Z pomocą przychodzi nam modlitwa. Niemiecki jezuita, Karl Rahner powiedział znamienite słowa: Chrześcijanin trzeciego tysiąclecia albo będzie mistykiem, albo go wogóle nie będzie. Modlitwa jest szkołą miłości, jest trudną, ale konieczną szkołą bycia człowiekiem: uczy nas być przed Bogiem i z Bogiem. Uczy nas, że Bóg nas przyjmuje i chce nas takimi, jakimi jesteśmy. Uczy nas, że najważniejszą wartość stanowi nasze bycie i bycie innych. Jeśli to bycie nie zostanie uznane za dar i łaskę, to nieustannie będziemy starali się poprawiać Boga tak jak to uczynili Adam i Ewa w Raju niedowierzając, że Bóg uczynił ich pełnymi. Chcieli poprawiać stworzenie, świat, swoje istnienie bo byli przekonani, że Bóg coś przed nimi zakrył – w tym przypadku drzewo życia i śmierci. Dali się zwieść złemu duchowi, że są niepełni, wybrakowani. Ileż zła w naszym życiu rodzi się z przekonania, że coś jest z nami nie w porządku. Jeśli tak żyjemy, to nie umiemy oddać chwały Bogu swoim istnieniem, swoim życiem. A przecież samo nasze istnienie jest oddawaniem chwały Bogu: usta dzieci i niemowląt oddają Ci chwałę mówi Psalm 8. Może największym problemem wiary dzisiejszego człowieka jest niewiara w siebie, w dobro, które Bóg w nas złożył? Czyli podważanie samego aktu stworzenia. Ktoś mądrze powiedział: nie można wierzyć w Boga nie wierząc w siebie.