MAMMA MIA!

„Mama Mia” – to bardzo popularne zawołanie w kręgu kultury włoskiej. Dosłownie znaczy „Moja matko/mamo”. Jednak podobnie, jak polskie: „O Panie!”, „O matko!”, czy niemieckie „Grus Gott” jest zwrotem używanym w przeróżnych sytuacjach, często poza kontekstem znaczeniowym słów, które go tworzą. Wyrażenie „Mamma Mia!” jest nabrzmiałe bardzo intensywnymi emocjami: zdumienia, sprzeczności, radości. Te trzy słowa, kryjące w sobie całe bogactwo innych odniesień, opisują miejsce, znaczenie i złożone relacje, jakie włoska mama (a z pewnością i nasze mamy) ma w odniesieniu do członków rodziny.

Już samo sformułowanie świadczy o centralnej pozycji włoskiej mamy. Każda mama na świecie jest niezwykła. Włoska mama jest niezwykła na swój sposób. Dla Anglika najważniejszy jest jego dom („My home, my castle”). Dla Włocha najważniejsza jest rodzina (famiglia). W rodzinie najważniejszy jest… mężczyzna, czyli najbardziej oczekiwany. Gdy rodzi się syn jest wyjątkowa uroczystość (e’ festa). To on jest najbardziej zadbany przez żeńską część rodziny (maschio e’ tutto). Może dlatego wielu nie zakłada swoich rodzin, mieszkając wygodnie z rodzicami otoczeni podziwem i troską … mamy. To, że mężczyzna jest najważniejszy nie znaczy, że ma najwięcej do powiedzenia. W rodzinie nikt się nie równa z MAMĄ.

Mama jest wszystkim co najlepsze, najcieplejsze, najukochańsze. Troszczy się o wszystko, widzi wszystko, płacze ze wszystkimi i za wszystkich, gotuje dla wszystkich i ze wszystkimi, wie kto co lubi, kogo i jak pocieszyć. Cieszy się dwa razy więcej z sukcesów dzieci niż one same…Mama jest największym darem Boga, esencją kobiecości, wzorem przyszłej żony….Od dziecka do starości, nikt się nie wstydzi chodzić z nią pod rękę na spacer (nawet kilkudziesięcioletni synowie), na zakupy, do lekarza. Mama jest niekwestionowaną cesarzową, królową, gospodynią, lekarzem, terapeutą, przyjaciółką, koleżanką, towarzyszką, modystką i to w tym samym czasie. Dwa w jednym to przeżytek…. Włoska mama jest - wszystkim.

Żona, nie-włoszka, prawdopodobnie nie przeżyje tej „matczynej” miłości (relacji) do syna i jej nie zrozumie. To nic, że syn jest już cenionym profesjonalistą, ma żonę i dzieci. Mama ma zawsze prawo zadzwonić (i korzysta z tego) by zapytać syna, jak mu się wiedzie, czy dobrze jest karmiony i… zaraz udzielić kilku (oby) dobrych rad synowej. Prawdziwa włoska żona doskonale to rozumie i…łatwiej lub trudniej to znosi. Niezadługo to ona przejmie koronę, aby (oczywiście) pokazać, co to znaczy naprawdę być kochającą mamą (Mama Mia!!).

To, co napisałem powyżej, to tylko ogólny obraz, tego co nazywa się tu „mamizmem”. Dodajmy do niego papizm (od „papa”…”tato”, nigdy „ojciec”) i „nonnizm”(od słowa „nonno” - „dziadek”),który ma swoje niezastępowalne miejsce w hierarchii rodziny, a będziemy w przybliżeniu, mieli obraz normalnej, włoskiej rodziny, bo są i skrajności, jak wszędzie.

Choć „czasy się zmieniły”, i jak mawia jeden z moich znajomych, „Włosi przesiedli się z osiłka na Ferrari”, wcale nie rzadko można zobaczyć pełne radości wielopokoleniowe rodziny razem - na spacerze, w restauracji, na zakupach, uśmiechnięte, radosne. Nie widać tam walki płci, seksizmu ani rasizmu, które zafundowały sobie kultury niektórych zachodnich krajów. Widać szczęśliwe kobiety z ręką w ręku męża, a przed nimi dwójka i trójka dokazujących dzieci.

Idąc pewnego razu w tłumie obok takiej rodziny, przekonałem się, że są dziedziny, w których nawet mama nie pomoże. Trzeba pomocy taty.  Najmłodsze dziecko było w wózku, który popychał tata, starszy synek, zostawił starszą siostrzyczkę, cofnął się i koniecznie chciał iść za wózkiem, co w tłumie nie było zbyt wygodne. Mamie nie udało się go przekonać by zrezygnował. Dopiero tata znalazł sposób. ”Widzisz ten plac?” – „Który” – zapytał synek. „Ten w głębi ulicy. Do placu idziesz przed wózkiem, a od niego za. Dobrze?” – „OK” – odparł malec. Moim zdaniem do placu było …około kilometra.

Gdy dzieci zobaczyły dziadka – wprost rzuciły mu się w ramiona. Malucha, trzeba było szybko uwolnić z wózka, tak wyrywał się do „nonno”. Jaka radość była na twarzach dzieci. Słyszałem jeszcze długo gorące całusy (a jakże) i radosne okrzyki, do których dołączyły się śmiechy dorosłych. Dziadek, be… – to cała nowa historia.

O wszystko co daje Pan Bóg trzeba się troszczyć, także o nasze mamy i powołanie do macierzyństwa. Rodzina i powołanie matki są dziś zagrożone i to nie tylko przez tych, którzy ich nie doświadczyli, albo źle doświadczyli. Można oczywiście udawać, że tak nie jest. Największe zagrożenie kryje się …wewnątrz rodziny. Polega na tym, że chcemy dać dzieciom to czego sami nie mieliśmy (najnowsza technologia, możliwości, kasa, wykształcenie etc), a nie dajemy tego, co nas rzeźbiło i do dziś nas roztkliwia… radosnych, pełnych pokoju i miłości relacji we wspólnocie rodziny. Relacji utkanych z miłości matczynej, ojcowskiej, synowskiej, czy też córczynej i dziadczynej.  Pomimo tego, co napisałem powyżej, uważam, że odrobina, a nawet większa porcja mammizmu, nikomu nie zaszkodzi. I tego wszystkim z serca życzę. Niech Pan błogosławi nasze mamy. One są chyba tym, co Panu Bogu najbardziej się udało.

                                                                                            Rzym 26 V 2020r., o. Henryk Droździel SJ